Ale los dalej nas nie rozpieszcza. W tym tygodniu zawirowania zdrowotne miała moja siostra. Już nawet nie mam siły opisywać co się działo, ale otarło się o Pogotowie. I to akurat będąc na wyjeździe nad morzem. Na szczęście ostatecznie nie zostawili jej w Szpitalu, ale nie mogła kontynuować pobytu, zwłaszcza, że była tam sama. Bez zastanowienia w przeciągu pół godziny zwolniłam się z pracy i postanowiłam po nią pojechać. Na szczęście mąż nie puścił mnie samej i pojechaliśmy razem, bo takiej trasy w jeden dzień sama bym nigdy nie zrobiła. I tak o 14 już byłam za kółkiem odbierając Męża ze stacji metra, o 18.15 byliśmy w okolicach Jastrzębiej Góry, odwieźliśmy siostrę do Krakowa i o 5.15 byliśmy z powrotem w Warszawie, bo tego dnia nie mogliśmy nie być w pracy. O ósmej.
Za dużo, zdecydowanie za dużo. Ktoś mnie nie posłuchał jak mówiłam, że już nie potrzebuję niczego co mnie nie zabije, a wzmocni. Wystarczy. Jestem silna.
W tym wszystkim doceniłam jednak moc rodziny. Nic nie ma znaczenia takiego jak rodzina. Cała reszta jest totalnie nieistotna.
W ten dzień kiedy to się stało, rano na jakimś blogu przeczytałam, żeby znaleźć rzeczy, za które się jest wdzięcznym danego dnia. Chciałam zrobić podsumowanie tego roku, tego feralnego 2015. Takie na pozytywnie. Żeby w tej całej gmatwaninie niekorzystnych zdarzeń odnaleźć momenty dobre, te małe szczęścia, których przecież było na pewno wiele. No i telefon od siostry trochę mi te plany zaburzył. Ale zrobię to. Ogarnę się i zrobię... Uporządkuję te pozytywne wydarzenia.
Za oknem dzisiaj deszczowo. Poranek był bardzo rześki. Koniec lata. Chyba się cieszę. Lato nigdy nie było moją ulubioną porą roku. Zawsze wolałam albo nieśmiałe wiosenne słońce i jej świeżą zieleń, albo ukochaną wczesną jesień. Tą złotą ma się rozumieć... Trochę melancholijną, zamyśloną, płaczącą deszczem... To zawsze byłam bardziej ja.
Niech to lato się skończy. Mam wrażenie, że tak samo jak tegoroczne upalne dni i ostre słońce wypaliło życie z roślin i drzew, tak i mnie te wydarzenia ostatniego lata spaliły wnętrze. Potrzebuję odetchnąć. Potrzebuję odsapnąć i ochłonąć...
Jeśli chodzi o nasze adopcyjne czekanie mam coraz więcej wątpliwości. Im więcej czasu mija, tym jakoś mniej mam sił wierzyć w to, że się poukłada. Może my będziemy akurat tym jedynym przypadkiem, których dziecko się nie odnajdzie? Może nie będę mogła zaakceptować pewnych rzeczy i i nie będę potrafiła przyjąć propozycji.... ? Są rzeczy, których się boimy, których nie przeskoczymy.
Może źle wybraliśmy ośrodek? Może trzeba było zaczekać, aż przyjmie nas taki w większym mieście, może tam jest większy przekrój ludzi decydujących się oddać dziecko do adopcji? Może nasz ośrodek będzie wolał dzieciaki dawać swoim okolicznym rodzinom a nie przyjezdnym z daleka? Nic nie wiem. Straciłam grunt pod nogami. Czuję, że moja równowaga jest tak słaba, że byle podmuch wiatru i upadnę...
Obserwuję blogi Mam, które adoptowały ich kochane bobasy i widzę, jak jest dobrze. Ale czy nas też to spotka? Czy będziemy mieli tyle szczęścia? A może tyle odwagi, bo przecież nie znam do końca historii tych dzieciaczków, może ja akurat nie umiałabym pewnych aspektów ich historii zaakceptować i przez to straciłabym szansę na dzieciątko? Przez swój strach.
Przecież nie zawsze pierwszy telefon jest TYM telefonem. Jak się z tym zmierzyć? Jak uporządkować myśli w głowie... Może moje oczekiwania to za dużo... Pogubiłam się.
Wszystko było w głowie już poukładane, a teraz znowu mętlik...
"A w mojej głowie wojna, wieczna wojna... myśli niespokojnych ..."























